Było tak: michnikowszczyzna poparła w 1989 r. Leszka Balcerowicza. Wrogowie michnikowszczyzny przyjęli to z radością. Mieli bowiem chrapkę przywalić Michnikowi i zwolennikom Okrągłego Stołu. Potrzebowali chwytliwego pretekstu. "Musieli centroprawicowcy znaleźć coś co porwie "masy"". Tym czymś - pisze Ziemkiewicz - mógł być tylko ekonomiczny populizm, czyli walenie w Balcerowicza, czyli jedyną żyjącą osobę, o której autor dobrze sądzi.
Ale centroprawica była rozdrobniona i skłócona. Natychmiast zaczęła się licytować w populizmie. "A o medialnym wizerunku centroprawicy decydowała w znacznym stopniu michnikowszczyzna". Ona zaś celowo nie nagłaśniała wyważonych opinii centroprawicy, tylko te skrajne. "Im bardziej prymitywne i kompromitujące, tym lepiej".
Cóż mogli począć liderzy prawicy? Potępianie w czambuł prywatyzacji i całych reform było "najpewniejszym sposobem na zaistnienie w mediach". Konkluzja brzmi tak: "w ten sposób, pośrednio Michnik przyczynił się do faktu, że ekonomista honorowany na świecie jako symbol polskiego sukcesu gospodarczego w kraju stał się w ostatnim piętnastoleciu ulubionym celem do plucia". Kozłem ofiarnym - pisze Ziemkiewicz - obwinianym o skutki rządów komunistów. Kozłem stała się też centroprawica, która produkowała skrajne poglądy, byle tylko pojawić się na łamach "Gazety". "W ten sposób michnikowszczyzna (...) doskonale przyczyniła się do rozkwitu populizmów" - konkluduje autor.
Powiązać wszystko ze wszystkim
Cała książka, prawie 400 stron, jest w ten sposób napisana. Gdziekolwiek by ją człowiek otworzył, znajdzie się w gąszczu win Michnika.
I nie chodzi o to, że "Gazeta" jest taka lub owaka. Nie chodzi o taką czy owaką wypowiedź Michnika. A w każdym razie nie chodzi tylko o tego typu winy. Cała konstrukcja książki polega na tym, że Michnik (michnikowszczyzna) to największe zło, jakie nosiła ta piękna ziemia. Ziemkiewicz bowiem nie tylko chłoszcze Michnika za to, co zrobił lub czego nie zrobił w III RP, nie tylko twierdzi, że III RP to potworek, którego carem był i jest Michnik.
Ziemkiewicz zrobił więcej. Zakwestionował także Michnika jako opozycjonistę w PRL, jako człowieka, którego Wiesław Gomułka, Edward Gierek, Wojciech Jaruzelski sadzali do więzienia. "Opozycję [w PRL - dop. em] tworzyli nie tylko ludzie, którym w więzieniu pozwalano pisać książki, a potem wypuszczano ich na Zachód, żeby pobrylowali na tamtejszych salonach".
To jeden tylko stosunkowo łagodny passus o przeszłości Michnika. Są i ostrzejsze. Np. porównania Michnika do Gomułki. Jeden i drugi siedział. "Czy to znaczy, że był [Gomułka - dop. em] polskim patriotą?".
Książka jest pisana jako subiektywna historia III RP i ostatnich lat PRL. Bardzo swobodna. A to zmieni się datę śmierci księdza Popiełuszki - z 1984 na 1986 r. (s. 237). Niby drobiazg, ale akurat przydatny dla wywodu autora.
A to napisze, że posłowi Gruszce ktoś nasypał trucizny do kawy. Uzasadnienie tej tezy? "Nie trzeba być specjalistą od toksykologii, by wiedzieć, iż w powszechnym użyciu w medycynie jest substancja bezwonna i pozbawiona smaku, która podana doustnie powoduje gwałtowny wzrost ciśnienia krwi..." .
Tak rozumując, można rozwikłać wszystkie tajemnice świata. A zwłaszcza można dowolne fakty zestawić tak, by tworzyły nierozerwalny związek przyczynowo-skutkowy, żeby użyć żargonu prokuratorskiego.
To zasadnicza metoda tej książki. Wszystko ze wszystkim się wiąże. Nic nie jest przypadkowe. Nawet nazwa ulicy, przy której Michnik mieszka. Aleja Przyjaciół - pisze Ziemkiewicz. I dodaje "nomen omen". Że niby same zaprzyjaźnione komuchy tam mieszkają. A gdyby Michnik mieszkał na Marszałkowskiej? Na placu Zbawiciela? Każdą z tych nazw można by zaopatrzyć w wyrażenie "nomen omen".
"Syn komunisty i komunistki, brat stalinowskiego zbrodniarza, sam przyznający się do pochodzenia z "żydokomuny"" - charakteryzuje Michnika Ziemkiewicz. Cóż, jaka szkoda, że Michnik nie mieszka na ulicy Rosenzweiga. "Nomen omen" by pasowało jak ulał.
Co ma piernik do wiatraka
I tak z różnych okruchów, z wydarzeń politycznych, z tego, co w Polsce zrobiły albo nie zrobiły partie, politycy, rządy prokuratorzy, sędziowie, policja Ziemkiewicz umie stworzyć łańcuch przyczynowo-skutkowy i na nim powiesić Michnika.
Np. taki łańcuch. Natrafiamy w książce na wyliczankę opisywanych w gazetach rozmaitych interesów przestępczych i mafijnych.
Fałszowanie paliwa, handel narkotykami, samobójstwo "Baraniny". Autor pisze, że nie wierzy, aby przestępcy mogli takie kanty robić na własną rękę. Musieli mieć patronów w prokuraturze, policji, administracji.
I dalej powiada: "Cóż tu zresztą ma do rzeczy wiara? Weźmy jeden tylko krzyczący przykład, jakim było zamordowanie generała Papały". I tu go rzuca myśl w stronę Edwarda Mazura. Następnie myśl przenosi się w stronę imprezy zorganizowanej przez generała SB, na której bawił się Mazur po wypuszczeniu z aresztu. Napięcie rośnie.
Jak autor nawiąże do tytułowej michnikowszczyzny? "Pióropałkarzowi Michnika" (tak Ziemkiewicz nazywa dziennikarzy "Gazety") wydawałoby się, że autor się pogubił. Że od Mazura i Papały do Michnika żaden trakt nie wiedzie.
To myśl prostacka. Po konstatacji, że władza wypuściła Mazura do USA, pisze Ziemkiewicz: "A to Polska właśnie. Mówimy oczywiście o Polsce Kwaśniewskiego i Millera, z Michnikiem jako duchowym patronem i czołowym autorytetem moralnym". Jaki jest związek Michnika z zabiciem gen. Papały? Z wypuszczeniem Mazura?
Nie ma żadnego. Te zdania są potrzebne Ziemkiewiczowi po to, aby na każdej stronie książki błyszczała złowroga moc Michnika. Żeby pokazać odpowiedzialność Michnika za losy lustracji, dekomunizacji, za niskie emerytury jednych i za wysokie drugich - czyli byłych esbeków.
Upadek mediów prawicowych
Michnik jest winien wszystkiemu. "Radio Maryja nie powstałoby, to znaczy nie byłoby tym, czym było, gdyby nie michnikowszczyzna. A ściślej, gdyby nie propagandowe zniszczenie przez michnikowszczyznę umiarkowanej prawicy, usunięcie jej z Towarzystwa i całkowite pozbawienie wpływu". Michnik jest winien nawet malejącej sprzedaży "Tygodnika Solidarność". "Niezwykłość zjawiska michnikowszczyzny polega na tym, że sprzedaż tygodnika załamała się i nigdy już nie wróciła do poprzedniego poziomu" - punktuje Michnika. Co takiego zrobił Michnik? Skrytykował zmianę naczelnego z Mazowieckiego na Kaczyńskiego. I to właśnie wywołało katastrofalny spadek sprzedaży "Tygodnika Solidarność". Ba, spadek, który - jak twierdzi autor - utrzymuje się już od 16 lat! I to pisze liberał, piewca wolnego rynku, kat państwa opiekuńczego!
Na potrzeby jednak zrobienia Drakuli z Michnika liberał Ziemkiewicz jest gotów odłożyć do szuflady swoje ultraliberalne (był rzecznikiem UPR) poglądy. Dlatego za niepowodzenie mediów prawicowych, które poupadały w III RP, też wini Michnika.
Media te poupadały, bo nie miały pieniędzy. A nie miały pieniędzy, bo michnikowszczyzna, czyli Salon, zniechęcała reklamodawców i kolportaż.
Gdzieś tam, mimochodem Ziemkiewicz zaznacza, że media prawicowe miewały więcej chętnych do komentowania niż chętnych do zwykłej pracy dziennikarskiej. Zaraz się jednak okazuje, że media te kiepsko płaciły, a temu, oczywiście, winna jest michnikowszczyzna.
"Dobrze, zgodzę się - w "prawicowych" pismach nie pracowali najlepsi dziennikarze, nie mówiąc o menedżerach" - zauważa autor. By zaraz dodać: "W przeciwieństwie do ludzi lewicy (...) prawica była skoszona równo z glebą, musiała zaczynać od zera, nie tylko zresztą w dziedzinie mediów".
A "Gazeta" dostała papier, lokal, kredyty, dystrybucję i znaczek "S" . Nawiasem mówiąc - lokal to było zrujnowane 200 m na dwa i pół roku. Kredyty - no to od Andrzeja Leppera najlepiej się dowiedzieć, jak były oprocentowane.
Choć dla Ziemkiewicza jestem jednym z "pióropałkarzy Michnika", używającym "mendowskiego stylu", wzorowanego "na mowie literata Przymanowskiego" (po wprowadzeniu stanu wojennego kpił w Sejmie z internowanych i zatrzymanych), chętnie bym wyszła naprzeciw Ziemkiewiczowi.
Tak, "Gazeta" miała lepiej. Faktycznie, ten kto zaczynał wraz z wolnym rynkiem w 1989 r. obojętnie co: wydawanie gazety, własny biznes, ten, kto wtedy wszedł na rynek usług prawniczych, konsultingowych, ten miał łatwiej. Bo łatwiej było znaleźć wygłodzonego klienta. Tyle że potem trzeba się było utrzymać na rynku. Jakie to trudne - pokazuje przykład Tygodnika Solidarność".
Temu pismu jakoś znaczek "S", pieniądze związku, rządy związkowców nie pomogły, choć zdaniem Ziemkiewicza dla poczytności "Gazety" wartość znaczka "S" miała kapitalne znaczenie.
Rzeczywiście, "Gazecie" było łatwiej, bo w 1989 r. stało za nią doświadczenie "Robotnika" i "Tygodnika Mazowsze". A więc doświadczenie z wydawania pism w skrajnie trudnych, podziemnych warunkach redakcyjnych i technicznych.
"Gazecie" było łatwiej, bo stał za nią Michnik. To ostatnie ułatwienie nawet Ziemkiewicz zauważa.
Chętnie bym przyznała, że "Gazeta" miała łatwiej. Ale z dwoma dodatkami: że fundamentem tego przedsięwzięcia było doświadczenie zdobyte w podziemiach PRL dzięki osobistej dzielności ludzi z wyżej wymienionych pism podziemnych, że ten kapitał nie został roztrwoniony, lecz pomnożony. I że Ziemkiewicz uważa Michnika za "neofitę" wolnego rynku. Neofitę - jak pisze - bezrozumnego i zajadłego. Ale to przecież nie Michnik zapisywał hektary papieru uwagami, jak mu konkurenci medialni szkodzą. Nie tropił, kto na rynku ma lepiej i czy jest to moralnie słuszne.
Michnik nie napisał ziemkiewszczyzny.
Złapać na lustracyjne lasso
To nie znaczy, że z Ziemkiewiczem pióropałkarz "Gazety" w niczym się nie może zgodzić. Kiszczak to człowiek honoru - powiedział Michnik. Tak, to zdanie trudno zrozumieć i zaakceptować. Ziemkiewiczowi i pióropałkarzowi.
Tyle że Michnik się z tych słów publicznie wycofał. Napisał w 2004 r., że żałuje "przesady niektórych gestów i wypowiedzi". Napisał, że ma poczucie winy. Napisał, że jego zdanie o honorze Kiszczaka było "bez sensu". "Nie do mnie należy wyrokowanie, kto jest, a kto nie jest człowiekiem honoru".
Czy wielu redaktorów naczelnych, publicystów publicznie przeprasza za swoje słowa? Przyznaje się do winy?
Lustracja. Ziemkiewicz uważa, że jest niezbędna. Michnik, Helena Łuczywo, Juliusz Rawicz, Piotr Stasiński, Piotr Pacewicz, Paweł Ławiński, Marek Beylin, Rafał Zakrzewski, Seweryn Blumsztajn - czyli najważniejsi w tej sprawie redaktorzy "Gazety" - byli i są jej zdecydowanymi przeciwnikami.
Jeśli dobrze rozumiem - ani nie mają wiary w prawdziwość informacji zapisanych przez esbeków, ani potrzeby rozliczania innych z życia w PRL. Tym bardziej że sami mogą mieć tyle satysfakcji, iż nie dali się złamać SB.
Rozumiem ich punkt widzenia, ale go nie podzielam. Uważam, że lustracja jest potrzebna. Że teczki powinny być jawne, choć pokrzywdzeni przez SB powinni mieć prawo do nieujawniania własnej teczki. Uważam, że należy lustrować, choć nie należy przywiązywać zbytniej wagi do wyników lustracji. Bo nie tylko nie jesteśmy sędziami minionych pokoleń, ale nawet pokoleń współczesnych, bo przez lata z Szawła mógł się zrobić Paweł.
Bo - wreszcie - lustracja służy często jako lasso na przeciwników politycznych czy ideowych.
"Konfidentami bezpieki okazało się trzech ludzi, którzy w III RP cieszyli się wielkim autorytetem, głównie za sprawą "Gazety Wyborczej", ale którzy też, wzajemnie, swoim autorytetem ją wspierali. Wszystkich trzech, każdego na swoim polu, uznać by można wręcz za "filary" michnikowszczyzny" - pisze Ziemkiewicz. Wymienia te trzy osoby: współpracujących z "Gazetą" Andrzeja Szczypiorskiego, nieżyjącego już pisarza i ks. Michała Czajkowskiego, jak pisze Ziemkiewicz - kapelana "Gazety" oraz pracownika "Gazety" Lesława Maleszkę.
Ciekawa figura. Godna intelektualisty. Licytacja na współpracowników. Kto miał więcej? Czyje środowisko stanowiło żyźniejszą glebę dla współpracy z SB? Może w tych rozważaniach pomocna byłaby tzw. ulica? Ona to, jak pokazuje ostatnia niedziela w Warszawie, wie, że winien jest zawsze Sanhedryn.
Szkoda, że Ziemkiewicz, wypominając Michnikowi współpracowników SB, na tym poprzestaje. Szkoda, że nie podpowiada, komu przypisać innych tajnych współpracowników? Świeckich i duchownych? Np. filarem "Gazety Polskiej", w której Ziemkiewicz od lat pisuje i która, z książki wynika, jest mu szczególnie bliska, był pewien człowiek uznany prawomocnym wyrokiem przez sąd lustracyjny za tajnego współpracownika. Nim to się okazało, kopał psychicznie pewnego niewinnego człowieka. "Gazeta Polska" go wyrzuciła. O tym filarze w książce ani słowa. Gdyby był to filar Michnika, moglibyśmy przeczytać całą epopeję.
Fakty nie muszą się zgadzać
Sprawiedliwość to nie jest szczególna cnota Ziemkiewicza. Jego znakiem herbowym jest zacietrzewienie. Ono tylko mogło doprowadzić redaktora do napisania takiego zdania: "Ofiarom Jaruzelskiego i Kiszczaka nie poświęciła ["Gazeta" - dop. em] przez cały czas swego istnienia ani jednego artykułu".
Tę obserwację rozwija Ziemkiewicz na wielu stronach swojej książki. Tymczasem "Gazeta" poświęciła ofiarom stanu wojennego dziesiątki tekstów. Reportaże o kopalni Wujek, procesie taterników, zastrzelonych w Lubiniu, kilka wielkich tekstów Wojciecha Tochmana zgłębiających sprawę Grzegorza Przemyka, i to zarówno o załodze karetki pogotowia niesłusznie skazanej za pobicie Przemyka, jak i teksty o koledze Przemyka, świadku pobicia, jak i wreszcie - tekst o samym Przemyku i jego mamie Barbarze Sadowskiej. Same teksty Tochmana o sprawie Przemyka to materiał na przejmującą książkę.
Teksty o internowanych, kobietach "Solidarności". O studencie Marcinie Antonowiczu, który zginął w niejasnych okolicznościach. Teksty o ks. Sylwestrze Zychu i ks. Suchowolcu. Dodatki lokalne do "Gazety" poświęcone stanowi wojennemu. Wywiady z ludźmi opozycji. Nie licząc sprawozdań z kolejnych zakrętów procesów sądowych.
Na tym polega metoda zastosowana przez autora. Fakty się nie muszą zgadzać. Ważny jest ogólny trend - przyłożyć michnikowszczyźnie. Dlatego można napisać, że Gazeta" nie pisała, choć pisała. Dlatego można napisać: "hipoteza, że Michnik (...) wpadł do archiwów MSW, aby je wyczyścić, logicznie wyjaśnia wszystkie wątpliwości. Ma tylko jedną wadę, nie ma na jej poparcie żadnych dowodów (..). Z drugiej strony, nie ma też żadnych dowodów przeciw wyżej streszczonej tezie".
Kapituluję. Skoro logika w lekturze Ziemkiewicza na nic się nie przydaje, to może pomoże Freud? Cofnięcie się do wieku młodzieńczego autora? W 2002 r. mówił "Życiu" o swoim życiu w PRL-u: "Nie czułem się na siłach, żeby obalić ustrój, a też nie bardzo miałem ochotę bawić się w jego obalanie, bo na mojej uczelni ludzie, którzy się w to bawili, byli, hm... trochę dziwni. Zresztą potem większość z nich znalazła się w "Gazecie Wyborczej"".
Hm, hm, Panie Redaktorze, powiada Pan "bawili się"? Nomen omen na Rakowieckiej? Na salach sądowych? Więc Pana miłość do michnikowszczyzny aż z tamtych czasów się wywodzi?
A to więcej rozumiem.
Michnikowszczyzna. Zapis choroby
Rafał A. Ziemkiewicz
Redhorse, Lublin
Wszystkie komentarze