Lekceważący stosunek do twórczości naiwnych sprawia, że fascynujące dzieła sztuki znikają na zawsze. Rzeźby Juliana Stręka służyły niejednemu za podpałkę
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Niewiele brakowało, a po Stręku zostałoby w Polsce tylko kilka prac w kolekcjach muzeów okręgowych w Nowym Sączu i Tarnowie. A przecież przeżył on 68 lat i rzeźbił od dziecka. Jego twórczości nie rozumiała ani rodzina, ani sąsiedzi. Rozdawał swoje rzeźby listonoszowi, policjantowi, lekarzowi, księdzu, a oni palili nimi w piecu albo wyrzucali na śmietnik. Niezwykły talent Stręka odkryły w 1987 r. pracownice Muzeum Okręgowego w Tarnowie. Starszy schorowany rzeźbiarz przysłał wtedy swoje prace na konkurs sztuki ludowej. Zostały w muzeum i tam zachwyciło się nimi dwóch niemieckich kolekcjonerów sztuki naiwnej. Wzięli adres Stręka i w latach 1988-1997 kupili od niego kilkaset rzeźb.

Julian Stręk mieszkał w małym domku pod lasem, w Pustkowie koło Dębicy (urodził się w 1932 roku w Ostrowie koło Ropczyc). W czasie okupacji, pasając krowy - strugał. Tak się oddawał tej sztuce, że nie zauważył, jak któregoś dnia bydlęta weszły na świeżo wylany beton budowanej drogi. Byłby zginął, gdyby nie jeden z Niemców. Spodobały mu się wystrugane przez pastuszka ptaszki.

Po podstawówce Stręk pracował w Zakładach Tworzyw Sztucznych w Pustkowie. Podczas wybuchu w fabryce w 1966 roku doznał obrażeń głowy. Zaczęły się ataki padaczki. Poszedł na rentę, ale stronił od pracy w gospodarstwie. Ciągnęło go do strugania. Pracował w ciemnej drewutni. Gdy nastawała zima, rzeźbił w kuchni, a nawet na skraju małżeńskiego łoża. Żonie przeszkadzało nocą światło i smród farb w sypialni. Ale on strugał z musu.

W 1977 roku Julian Stręk miał drugi wypadek - gdy jechał rowerem, potrącił go samochód. Rannego, leżącego na poboczu, znaleźli po dwóch godzinach synowie. Krwiak mózgu - orzekli lekarze w tarnowskim szpitalu. Sparaliżowanego odesłali do szpitala w Dębicy. Wrócił do domu z niedowładem połowy ciała. Trzy lata później znowu trafił do szpitala. Już nie wrócił do domu. Umarł po pięciomiesięcznej chorobie - 17 sierpnia 2000 roku. Zostawił czterech synów, córkę i dwieście rzeźb w drewutni.

Niemcy, którzy kupowali rzeźby Stręka, pokazywali ich zdjęcia krakowskiemu kolekcjonerowi Leszkowi Macakowi. Bardzo mu się spodobały te prace. Ale zagraniczni zbieracze nie chcieli ujawnić nazwiska twórcy, a co dopiero adresu. Macak szukał Stręka parę lat. I oto w 2000 roku w Galerii Nikifora w Krynicy pokazano twórczość artysty spod Dębicy. Krakowski kolekcjoner dowiedział się o niej już po zamknięciu. Nie było katalogu, więc nie wierzył, że mogą to być prace artysty, którego znał z fotografii. Przekonał się, dopiero gdy zobaczył je na własne oczy.

Leszek Macak pojechał do Pustkowa odszukać Stręka. - Poznałem go na łożu śmierci - mówi. - Był chory, leżał w dębickim szpitalu. Dzieci Stręka miały upoważnienie na sprzedawanie jego prac, ale ja chciałem go poznać. Odwiedziłem go w szpitalu. Był już cieniem, umierał, a lekarze chcieli go odesłać do domu. Użyłem protekcji. Przez jednego ze znanych krakowskich specjalistów załatwiłem, żeby go nie wypisali. Kontakt ze Strękiem był bardzo trudny. Któregoś dnia syn przyniósł zdjęcia tych rzeźb, które chciałem kupić. Pokazał je ojcu. I wtedy ten umierający człowiek uśmiechnął się na znak zgody. Wkrótce odszedł. Kupiłem wszystko, co zostawił. Rzeźby skończone i zaczęte, wmontowane w płot i wyciosane na poręczy łóżka. Nawet jego narzędzia: koziki, siekierki, pędzle, farbki, stare gazety, które były mu wzorem. Całe artystyczne życie - ponad 200 dzieł.

Teraz Leszek Macak pokazuje twórczość rzeźbiarza z Pustkowa w Galerii L'Art Naif na Kazimierzu. I widząc te fascynujące prace, niepodobne do żadnych innych dzieł twórców ludowych, nietrudno zrozumieć, dlaczego krakowski kolekcjoner tak zabiegał, żeby je zdobyć.

Oto groby królewskie: otwierana szafka, a w środku, na półkach, leżą ciasno obok siebie hieratyczne, bezrękie figury. Nie imitują ludzkich kształtów. Są ich znakiem zaklętym w twardym drewnie. Każdą na ukos przecina atrybut - berło, buława, krzyż, palma. Takie surowe, grubo ciosane, "kubistyczne" figury z zaznaczoną tylko twarzą oblepiają także drzwi grobowca i stoją na wierzchu tych szafek. Znajdziemy je również w każdej innej pracy Stręka, bo one są podstawowym modułem tych "architektonicznych" rzeźb. Występują samotnie - jak figury z Wysp Wielkanocnych (zresztą mają nawet niekiedy podobne nakrycia głowy i taki sam tajemniczy, archaiczny wyraz) albo w tłumie; w budkach-stacjach drogi krzyżowej, w pięknych kolorystycznie, wielopiętrowych instalacjach, będących w rzeczywistości kawałkiem płotu, wrotami, domowym ołtarzem. Tymi wieloelementowymi kompozycjami pozbawionymi patosu i anegdoty rządzi harmonia, rytm, symetria, proporcje.

Stręk tworzył z chęci umilenia życia - to, co zostawił, bardziej należy więc do sztuki stosowanej niż religijnej. Nie miał wykształcenia artystycznego. Nie podróżował, nie bywał w muzeach i nie oglądał albumów z reprodukcjami wielkich mistrzów. Jak prawdziwy artysta umiał jednak połączyć oryginalną formę z kanonami tradycji. Skąd czerpał inspiracje? Z pobliskiego kościoła, przydrożnej kaplicy, oleodruku na ścianie, "Płomyczka" syna z reprodukcjami "Pocztu królów polskich" Matejki. Z wielkiej wyobraźni. "Wydzielał sztukę tak, jak ślimak tworzy swoją muszlę. Jak rośnie liść na drzewie, rodzi się owad czy pracuje zdrowy żołądek" - powiedział kiedyś o takich jak Stręk handlarz winem i wielki orędownik art brut Jean Dubuffet.

"Julian Stręk. Figury, konstrukcje, grobowce". Galerie L'Art Naif. Wystawa czynna do 20 listopada.

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Komentarze